Castlevania TV Series

Wampiry ssą, Castlevania od Netfliksa nie ssie

Castlevania nie przestaje mnie zaskakiwać. Początkowo byłem w szoku, że ktoś zdecydował się stworzyć serial animowany na podstawie tej serii gier (a konkretnie jednej jej odsłony, o tym jednak za moment), później zdziwiło mnie, że trafi on na Netfliksa zaledwie kilka miesięcy po pierwszym teaserze. Teraz zaś kolejna niespodzianka – cały 1. sezon okazał się wyjątkowo dobry. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że to jedna z lepszych adaptacji gier.

Zacznijmy jednak od początku – historii. Twórcy serialu wzięli na warsztat trzecią numerowaną odsłonę serii, czyli Castlevania III: Dracula’s Curse, nieco modyfikując fabułę i dostosowując ją do konwencji serialu. Cały schemat jest jednak w gruncie rzeczy taki sam – mamy więc Draculę, antagonistę, który poprzysięga zemstę na mieszkańcach Wołoszczyzny i Trevora Belmonta, ostatniego członka rodu łowców wampirów, potworów i wszelkiego innego tałatajstwa. Mamy też postacie wspierające protagonistę, czyli Sylphę Belnades oraz Alucarda, syna głównego złego. Co ciekawe, scenarzyści pominęli Granta Danasty, który pojawił się w grze, ale być może zaplanowano dla niego miejsce w kolejnym, potwierdzonym już sezonie.

Tym co robi świetne wrażenie w serialu już od pierwszych jego minut jest jego mroczny, przytłaczający klimat. Dominują tutaj ciemne, przygaszone barwy, a będąca miejscem akcji Wołoszczyzna sprawia wrażenie wyjątkowo nieprzyjaznej krainy, co zresztą szybko zostaje potwierdzone – twardą ręka rządzi tu kościół, surowo karząc wszelkie przejawy nieposłuszeństwa. Pewnie większość z Was jest tego świadoma, ale dla tych niezorientowanych wolę dodać w tym momencie, że Castlevania nie jest serialem dla młodych widzów, pomimo swojego animowanego charakteru. Krwi, flaków i szeroko pojętej przemocy jest tutaj mnóstwo, a i „fucków” również nie brakuje. To zdecydowanie serial dla osób dorosłych.

Warstwę wizualną dopełniają postacie, narysowane specyficzną kreską, która z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu. Trzeba jednak przyznać, że ich design jest udany – nie brakuje tu szczegółów, a zarówno Dracula, jak i Trevor wyglądają po prostu bardzo dobrze. Szczególnie w przypadku głównego bohatera jest to dobra wiadomość, pamiętając, że jedno z jego wcześniejszych wcieleń wyglądało jak pirat lubujący się w sado maso i słuchający w wolnych chwilach twórczości zespołu Manowar.

fot. Konami

Bardzo dobre wrażenie robi też obsada. Nie jest to jednak specjalnym zaskoczeniem, bowiem postawiono tutaj na rozpoznawalne nazwiska. W roli głównej wystąpił Richard Armitage, zaś w rolę głównego krwiopijcy wciela się Graham McTavish i obu panom trudno cokolwiek zarzucić. Pochwalić trzeba również Jamesa Callisa, odpowiedzialnego za głos serialowego Alucarda. Jego głos jest dobrze oddaje dualistyczny charakter tej postaci, będącej potomkiem człowieka i wampira. Całkiem nieźle wypada też polski dubbing, którego zwykle unikam, tutaj jednak z ciekawości sprawdziłem i muszę przyznać, że dało się to oglądać bez poczucia zażenowania.

Największą wadą serialu jest jego czas trwania. Cztery odcinki po 23 minuty to mało, bardzo mało. Na dobrą sprawę 1. sezon kończy się w momencie, gdy akcja zaczyna się rozkręcać. Kontynuacja (i to złożona z 8 epizodów!) została już co prawda zapowiedziana, ale obawiam się, że dostaniemy ją dopiero w przyszłym roku. Cóż, nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać, ostrząc w międzyczasie osikowe kołki.